Chcesz przeczytać w skrócie?
Podsumowanie AI
Wracam do lasu regularnie, aby spędzić tam noc, choć na pierwszy rzut oka nie dzieje się tam nic szczególnego. Robię to przynajmniej kilkanaście razy w roku.
Zazwyczaj są to krótkie wypady trwające od 24 do 48 godzin. Czasami oznaczają marsz na dystansie 20, 30, a nawet 40 kilometrów. Innym razem nocuję zaledwie pięć kilometrów od samochodu, w dobrze znanym mi miejscu, do którego chętnie wracam. Takim, gdzie po rozsunięciu bivi baga widzę morze albo ulubiony fragment lasu.

Rozkładam schronienie, przygotowuję posiłek, a przed snem patrzę w ogień albo słucham deszczu uderzającego o tarp. Następnego dnia zwijam obozowisko i wracam do domu, często tą samą drogą, po drodze zbierając zauważone na szlaku śmieci.
A jednak za każdym razem coś się zmienia. Nie tyle w lesie, chociaż tam również dzieje się bardzo dużo, ile w moim postrzeganiu kolejnych dni.
Umówmy się, to nie jest żaden hardkorowy survival. To po prostu biwak w lesie.

Nie każda noc wygląda tak samo
Czasami pakuję się możliwie lekko, ponieważ chcę przejść większy dystans. Zastanawiam się wtedy nad każdym elementem wyposażenia i staram się nie zabierać rzeczy, które wydają się potrzebne wyłącznie w moich wyobrażeniach czy ładnie wyglądają na zdjęciach.
Innym razem podejście ultralight zupełnie mnie nie interesuje. Zabieram cięższy ekwipunek, składane krzesełko, lepsze jedzenie i wszystko, czego potrzebuję, aby upiec steka albo przygotować burgera.
To właśnie nazywam podejściem UltraRight. Nie chodzi w nim o najlżejszy możliwy plecak, lecz o zestaw właściwy dla konkretnego wyjazdu. Jeżeli planuję przejść 40 kilometrów, każdy dodatkowy kilogram ma znaczenie. Jeśli zamierzam rozbić obóz kilka kilometrów od samochodu i spędzić wieczór przy ogniu, nie widzę powodu, żeby rezygnować z wygody i dobrego jedzenia tylko po to, aby plecak lepiej wyglądał jedynie w tabelce.

Stek waży więcej niż liofilizat, ale nie każdy wyjazd musi kończyć się zwycięstwem w nieistniejących zawodach ultralight.
Podczas wypadów czasami strugam łyżkę. Czasami rozmawiam ze znajomymi przez kilka godzin, najczęściej o sprzęcie, ponieważ można dywagować o śpiworach, nożach, latarkach i różnicach wynoszących trzydzieści gramów niemalże bez końca.
Bywa również, że po prostu patrzę w ogień. Można robić to naprawdę długo i, co ciekawe, nikt nie pyta wtedy, czy ten czas został wykorzystany produktywnie. Nikt też tego nie sprawdza.
Wbrew pozorom w lesie jest dużo do zrobienia. Trzeba znaleźć odpowiednie miejsce, rozłożyć schronienie, przygotować drewno, rozpalić ogień, zagotować wodę, zrobić posiłek i pilnować płomienia. Nie wspominając o nagraniu materiału na YouTube. Są to proste czynności, ale wymagają skupienia na tym, co dzieje się tu i teraz.
Czy noce spędzone w lesie mają jakiś cel?
Na co dzień niemal wszystko powinno mieć jakiś cel. Praca ma przynosić efekty, trening poprawiać kondycję, a wolny czas trzeba przecież wykorzystywać rozsądnie i produktywnie. Nawet odpoczynek próbujemy dziś zaplanować tak, aby był możliwie najbardziej wartościowy.
Liczymy waty, uruchamiamy stopery, przemierzamy kolejne kilometry i bijemy rekordy w aplikacjach. Sama aktywność na świeżym powietrzu łatwo staje się jedynie dodatkiem do kilometrów zarejestrowanych przez zegarek albo zdjęć zrobionych w nowych butach biegowych. Przestaje być wartością samą w sobie.
Śpię w lesie przede wszystkim po to, żeby odpocząć i zrobić coś innego niż zwykle. Zamiast kolejnego wieczoru z serialem, gotowania obiadu w dobrze znanej kuchni albo wykonywania następnej pętli na rowerze wybieram coś, co na kilkanaście godzin zmienia cały rytm dnia i moje otoczenie.
Taki wyjazd nie zaczyna się w chwili wejścia do lasu. Myślę o nim wcześniej. Zastanawiam się, dokąd pojadę, jaką trasę wybiorę, gdzie spróbuję przenocować i co spakuję. Już samo przygotowanie jest częścią całego doświadczenia.
Wyjazd nie kończy się również od razu po powrocie. Jeszcze przez jakiś czas go wspominam i analizuję. Myślę o tym, co się udało, co następnym razem zrobiłbym inaczej i które chwile chciałbym powtórzyć.
W codziennym życiu wiele spraw pozostaje otwartych, niejasnych i zależnych od innych osób. W lesie skutki decyzji są zwykle prostsze i niemal od razu odczuwalne.
Wybrałem nierówne miejsce? Będę zsuwał się przez całą noc. Nie zabezpieczyłem dobrze tarpa? Wiatr szybko oceni tę decyzję. Nie przygotowałem wystarczającej ilości drewna? Dowiem się o tym, gdy ogień zacznie gasnąć i zacznie robić się chłodno.
Być może dlatego po kilku godzinach myśli zaczynają zwalniać, a moją uwagę zajmuje przede wszystkim to, co znajduje się pod nogami i bezpośrednio przede mną. Tu i teraz.
Dużo też myślę o tym, co zjem po powrocie do domu.
Nie chodzi o ucieczkę
Łatwo powiedzieć, że chodzę do lasu, aby uciec od codzienności. Nie do końca jednak o to chodzi.
Mikrowyprawy mają swój początek i koniec. Pakuję plecak ze świadomością, że następnego dnia albo dzień później ponownie znajdę się w domu.
Wyjście do lasu jest dla mnie raczej przerwą. Chwilą, w której zwykły rytm dnia zostaje zastąpiony prostszymi czynnościami i zupełnie innym tempem.
Czasami sprawa, która zaprzątała mi głowę przez cały dzień, następnego ranka przestaje być istotna. Inne problemy nabierają wyraźniejszych kształtów i po powrocie łatwiej się nimi zająć.
Nawet gdy jest chłodno, mokro i ciemno, mam poczucie, że zrobiłem dla siebie coś dobrego. Nie zawsze jest wygodnie, ale niemal zawsze wracam z takiego wyjazdu z dobrymi emocjami.
Dlaczego dobrze śpię w lesie?
W lesie śpię bardzo dobrze. Niekiedy zdarza się, że nawet lepiej jak w domu.
Lubię chłodne, świeże powietrze, zapach lasu oraz dźwięki, które początkowo wydają się bardzo wyraźne, a później stają się naturalnym tłem. Szum drzew, wiatr, pojedyncze odgłosy zwierząt czy deszcz uderzający o materiał schronienia sprawiają, że łatwiej mi się wyciszyć.
Oczywiście nie każda noc jest idealna. Czasami budzi mnie wiatr, zsuwający się materac albo potrzeba poprawienia tarpa. Innym razem śpię krócej, ponieważ postanawiam wstać na wschód słońca. Mimo to bardzo często budzę się wypoczęty i spokojny.
Być może pomaga również prosty rytm wieczoru. Kończę przygotowywać obozowisko, jem, siedzę przy ogniu, sprawdzam schronienie i wchodzę do śpiwora. Nie ma jeszcze jednego odcinka, przypadkowego przeglądania telefonu ani powiadomienia, które koniecznie trzeba sprawdzić przed snem.

Co zostaje po powrocie?
Po powrocie najpierw często czuję zmęczenie. Czasami wynika ono ze zbyt krótkiego snu, bo postanowiłem wstać na wschód słońca. Innym razem jest skutkiem przejścia dwudziestu kilometrów w piątkową noc, zaraz po ośmiu godzinach pracy.
Plecak ląduje na podłodze, mokry sprzęt trzeba rozwiesić, a ubrania wrzucić do pralki. Włosy i pasek zegarka wciąż pachną dymem, a pod paznokciami zostało sporo leśnych paprochów.
Później fizyczne ślady znikają. Pozostają obrazy zapisane w pamięci i zdobyte doświadczenie.
Historie z takich wyjść bardzo często nie są spektakularne. Gdyby próbować opowiedzieć je komuś innemu, mogłyby zabrzmieć zupełnie zwyczajnie, a dla niektórych nawet dziwnie.
Przeszedłem kilkanaście kilometrów, rozłożyłem tarp, zrobiłem jedzenie, przez dwie godziny patrzyłem w ogień, a później poszedłem spać.
Nie brzmi jak scenariusz filmu przygodowego. Dla mnie takie wyjazdy są jednak bardzo istotne.
Przypominają mi, że dobre doświadczenie nie zawsze musi być wielkim wydarzeniem ani kosztować majątku. Czasami wystarczy jeden wieczór, kilka kilometrów marszu i noc spędzona poza domem, aby poczuć się po prostu inaczej.
Wracam również do niedoskonałości
Nie każda noc w lesie jest tak idealna, jak obiecuje dział marketingu w najnowszym katalogu ze sprzętem outdoorowym.

Czasami z pośpiechu wybiorę nierówne miejsce do spania, bo przecież to już moja kolejna noc w lesie i na pewno wiem, co robię. Innym razem zmarznę, ponieważ zabiorę zbyt lekki śpiwór albo nie sprawdzę dokładnie prognozy pogody. Bywa również, że zapomnę śledzi do tarpa albo łyżki.
Takie momenty również czegoś uczą.
Outdoor pokazuje, że komfort nie zawsze oznacza brak trudności. Komfortem może być także świadomość, że potrafię sobie z nimi poradzić.
Gdy w śpiworze jest zimno, można zagotować wodę i zrobić z butelki termofor. Gdy zapomni się łyżki albo śledzi, można przecież je wystrugać. Jeżeli nie zabrało się krzesełka, da się zbudować prowizoryczne siedzisko.
Czasami będzie to pierwsze praktyczne wykorzystanie węzła, którego nauczyłem się z książki kilka tygodni wcześniej. Innym razem rozpalenie ognia krzesiwem po kilkudniowej ulewie.
Po powrocie chętnie wspominam więc nie tylko piękne wschody słońca oglądane na plaży z kawą w ręku. Pamiętam również mokre skarpety i wyrwany w środku nocy tarp, którym później owinąłem się jak burrito nieszczęścia.
Pamiętam także obtarte pięty, po których przez kolejny tydzień musiałem chodzić do pracy w japonkach, bo postanowiłem przejść absurdalny dystans w zupełnie nowych butach.
Z czasem właśnie takie niedoskonałości stają się częścią historii, które później opowiada się najchętniej.
Las przywraca właściwe proporcje
Jedna noc poza domem nie zmienia życia ani nie rozwiązuje problemów.
Przypomina jednak, że można czuć się dobrze, mając przy sobie tylko to, co zmieściło się w plecaku i waży mniej jak 10 kg. Pomaga również docenić rzeczy, których na co dzień niemal się nie zauważa, ciepły prysznic, suche ubrania, miękkie łóżko czy możliwość zagotowania wody bez konieczności rozpalania ognia z mokrego drewna.
Wyjście do lasu nie odbiera więc komfortu. Pomaga go ponownie dostrzec.

Wracam tam, ponieważ proste czynności porządkują moje myśli. Rozłożenie schronienia, zebranie drewna, przygotowanie jedzenia czy zagotowanie wody wymagają uwagi, ale nie przeciążają głowy.
Jednego dnia mogę przejść 40 kilometrów z lekkim plecakiem. Innym razem rozbijam obóz niedaleko samochodu, przygotowuję porządny posiłek i spędzam wieczór ze znajomymi. Oba wyjazdy mogą być równie wartościowe, chociaż wyglądają zupełnie inaczej.
Być może właśnie dlatego regularnie wracam do lasu. Nie po to, aby od czegoś uciekać, zdobywać kolejne kilometry czy za każdym razem przeżywać wielką przygodę.
Wracam dla planowania, pakowania, marszu, prostych czynności przy obozowisku i wspomnień, które zostają jeszcze długo po rozpakowaniu plecaka.
Wracam, żeby po prostu czuć się lepiej.
Mam nadzieję, że sklejanie modeli, granie w gry komputerowe, jazda na rowerze czy wyciskanie ciężarów działa na Was równie dobrze, jak na mnie noc spędzona w lesie.
Nawet jeśli ta noc okazuje się mokra, ciemna i zimna.

