Chcesz przeczytać w skrócie?
Podsumowanie AI
Dzień: 1
Data: 12 sierpnia
Dystans dnia: 11 km
Łącznie: 11 z 440 km
Z Gdańska na początek Kungsleden
Pierwszy dzień na Kungsleden rozpoczął się wyjątkowo wcześnie. O 3:40 byłem już na lotnisku w Gdańsku. O 5:50 siedziałem w Bombardierze Q400, którym poleciałem do Warszawy. Następnie czekały mnie jeszcze loty do Sztokholmu i Hemavan. Nieco ponad osiem godzin później, o 14:30, stałem już na płycie lotniska w Hemavan.

Dotarcie na miejsce było trochę stresujące. Pierwszy samolot miał solidne opóźnienie, dlatego w Warszawie dosłownie biegłem, żeby zdążyć na kolejny lot. Byłem ostatnią osobą, która weszła na pokład samolotu do Sztokholmu.
Wybrałem przejście Kungsleden z południa na północ, ponieważ nie chciałem maszerować pod słońce, a najbardziej malownicze krajobrazy wolałem zostawić na koniec. To trochę jak z jedzeniem kanapek. Jeśli jedna była z masłem i serem, druga z serem i pomidorem, a trzecia z sałatą, serem i pomidorem, najlepszą zawsze zjadałem na końcu. Z Kungsleden chciałem zrobić podobnie.
Kartusz ze sklepu ogrodniczego
Po wylądowaniu nie ruszyłem jednak od razu na szlak. Najpierw musiałem znaleźć kartusz gazowy. W sklepie turystycznym nie był dostępny, a w kolejnym mieli jedynie spirytus. Nie miałem jednak kuchenki spirytusowej. Ostatecznie kartusz udało mi się kupić dopiero w sklepie ogrodniczym.
Ponieważ na szlak wyszedłem późno, plan na pierwszy dzień nie był szczególnie ambitny. Zależało mi jedynie na dotarciu do Viterskalsstugan.

Już pierwsze kilometry łagodnego podejścia pokazały, jak malowniczy będzie ten szlak. Jeżeli południowy fragment Kungsleden rzeczywiście uchodził za mniej widowiskowy, trudno było mi sobie wyobrazić, co czeka mnie dalej na północy.
Pierwsza noc w dolinie
Po przejściu 11 kilometrów dotarłem do miejsca, w którym miałem spędzić pierwszą noc. Była 18:50. Rozbiłem namiot kilkaset metrów za chatą Viterskalsstugan, na początku szerokiej doliny w kształcie litery U. W pobliżu, w dużych odstępach od siebie, stało już kilka namiotów. Jeden należał do Valentina, którego poznałem wcześniej na lotnisku w Sztokholmie. Po chwili dotarł również Dimitry z Łotwy.

Usiedliśmy razem, zjedliśmy kolację i uzupełniliśmy zapasy wody, której na szlaku jest dosłownie mnóstwo. Każdy z nas wstał tego dnia bardzo wcześnie, a przed nami pozostawało ponad 400 kilometrów marszu. Około 21 położyliśmy się więc spać, chociaż na zewnątrz wciąż było jasno. Jak się później przekonałem, słońce wstawało tam wyjątkowo wcześnie, zaledwie kilka minut po trzeciej.

Podsumowanie
Pod względem technicznym pierwszy dzień był łatwy. Najbardziej odczuwałem zmęczenie po podróży oraz ogrom emocji związanych z tym, że wreszcie ruszyłem na Kungsleden. Pogoda dopisała, pierwsze kilometry okazały się widowiskowe, a miejsce wybrane na nocleg było piękniejsze, niż mogłem sobie wyobrazić.
Przeszedłem dopiero 11 z 440 kilometrów, ale Kungsleden wreszcie się zaczął.


